wtorek, 29 sierpnia 2017

"Bad mommy. Zła mama" - Tarryn Fisher


Gatunek: THRILLER
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 320
Oprawa: miękka
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik 
Wydawnictwo: SINE QUA NON


Jolane i Darius Avery tworzą udaną, szczęśliwą parę. Mieszkają w pięknym domu na obrzeżach Seattle i razem wychowują dwuletnią córkę Mercy. Jolene jest pisarką, Darius psychologiem i wydawać by się mogło, wiodą idealne życie i tworzą idealną parę. Jednak jak każde małżeństwo mają swoje tajemnice. Przeżywają wzloty i upadki. Pewnego dnia do domu obok wprowadza się Fig, która po zaskakująco krótkim czasie zaprzyjaźnia się z Jolane. Staje się jej najbliższą przyjaciółką i powierniczką jej sekretów. Jolane nie wie jednak, że Fig została okrutnie skrzywdzona przez los i dwa lata wcześniej straciła ciążę, a wróżka przepowiedziała jej, że jeszcze kiedyś spotka duszę swojej nienarodzonej córki... Zauroczona nową koleżanką Jolane, nie dostrzega, że jej nowa przyjaciółka, tak chętna do pomocy, zbyt wiele uwagi zaczyna poświęcać małej Mercy oraz Dariusowi. Zaczyna kupować podobne ubrania, farbuje włosy na ten sam kolor, urządza swój dom w identyczny sposób a na portalach społecznościowych zaczyna publikować zdjęcia jej męża... 

Popularna to ostatnio książka, nie sądzicie?! Przynajmniej ja widziałam wzmiankę o niej chyba na każdym blogu, który czytam. Na portalach czytelniczych ma zaskakująco dobre opinie, znajome blogerki również gorąco polecają... Tymczasem ja mam mieszane uczucia wobec najnowszej powieści pani Fisher. Niby jest ciekawie i czyta się przyjemnie i szybko, może nawet lektura trochę wciąga... ale jednak czegoś mi w niej brak. Historię czyta się dobrze, ale chyba jako powieść obyczajową, a nie obiecywany thriller! Długo zbieram się do napisania tej opinii, bo ciężko mi zebrać myśli i przedstawić moje zdanie klarownie i zrozumiale, ale kurcze... dla mnie "Bad mommy" wcale nie jest historią rewelacyjną, a zaledwie przeciętną i do tego niezwykle przewidywalną. Ponadto bohaterowie są bardzo irytujący, a sama autorka pogubiła się chyba w połowie realizacji swojego pomysłu.  

Zapowiadało się bardzo ciekawie i ogromny potencjał drzemał w tej  historii. To muszę przyznać. Ale jeśli w połowie książki moja wyobraźnia zaczyna gnać niczym szalona, tworząc scenariusze i wydarzenia zostawiające daleko w tyle te opisane przez autorkę, to znaczy, że chyba coś tu jest nie tak i zamieniłyśmy się z panią Fisher miejscami.. no błagam! Mając pomysł z takim potencjałem, reklamując książkę jako thriller psychologiczny, wypadałoby dodać kilka scen mrożących krew w żyłach i zrobić z tego prawdziwy thriller! Jeśli robisz już z bohaterki psychopatkę, to na Boga! niech ona tą psychopatką naprawdę będzie!!! Skoro Fig uważa, że byłaby "lepszą Jolane" to niech zrobi coś konkretnego, coś mocnego, żeby zająć jej miejsce i pozbyć się nieudanego oryginału!!! A tymczasem przez całe 320 stron takie flaki z olejem, jakby bohaterka mówiła "chciałabym być psychopatką, ale boję się, bo jednak jestem porządną dziewczyną".

Świetny był pomysł z motywem dotyczącym małej Mercy, jakoby Fig ulokowała w niej swoje niespełnione uczucia macierzyńskie... Tak też sugeruje tytuł "Bad mommy". I od tego zaczyna się cała powieść. Już  na pierwszych kilku stronach zastajemy powiadomieni, że to właśnie z powodu Mercy Fig wprowadza się do domu, tuż obok rodziny Avery... i wszystko byłoby super, zarys pomysłu był i mogło być ciekawie. Niestety niebawem wszystko to zostało zepchnięte na dalszy plan, poszło wręcz w zapomnienie i autorka zrobiła z historii zwykłą obyczajówkę, skupiając się na fałszywej przyjaźni dwóch pań. A gdzie ten obiecany dreszczyk emocji, kiedy przyjaciółka zaczyna naśladować Jolane?! Kiedy na portalach zaczynają pojawiać się niepokojące zdjęcia cudzego męża? Otóż nigdzie, bo wzmianka o tym jest może w jednym zdaniu w całej tej książce. Ponadto postać Jolane jest tak irytująca, że człowiek ma ochotę zdzielić ją czymś ciężkim w sagan i powiedzieć "Kobieto! Czy ty naprawdę jesteś taka tępa?!". Uwierzcie mi, chyba każda kobieta z krwi i kości, tysiąc razy szybciej zorientowała się, że z jej najbliższymi jest coś nie tak! Każdy zdążyłby się w mgnieniu oka zorientować, że przyjaciółka się nie inspiruje, a ślepo naśladuje. Każdego zaczęłoby to niepokoić i każdy zerwałby czym prędzej wszelkie kontakty z taką osobą. Natomiast główna bohaterka łaskawie obraziła się i strzeliła na psiapsiółę foszka, gdy dowiedziała się (oczywiście od osób trzecich!!!), że ta najwyraźniej za bardzo lubi jej własnego, osobistego męża.

Tak, jestem strasznie zirytowana tą historią i bardzo zawiedziona, choć ciężko mi było sobie samej przyznać, że jednak nieszczególnie mi się podobało, gdyż myślałam, że przecież musiało być całkiem przyzwoicie skoro z taką chęcią i zainteresowaniem czytałam tę powieść. Ale spójrzmy prawdzie w oczy... tak, byłam zainteresowana, bo czytając ją byłam już niczym na głodzie "narkotykowym" i z zainteresowaniem przeczytałabym chyba wszystko co wpadłoby mi w ręce! Oczywiście przyjmując, że moim narkotykiem jest tu jakaś nowość wydawnicza, z mojego gatunku!  Tę oczywiście poleca sam.... nie wiadomo kto, ale przecież ktoś sławny! A nazwisko autorki nie schodzi podobno z czołówki najlepiej sprzedających się bestsellerów według New York Timesa... a to akurat ciekawe, bo koło New York Timesa jestem ostatnio bardzo blisko, a jakoś nic mi o tym nie wiadomo. W USA najmniejszej wzmianki ani o pani Fisher, ani o tej książce nie słyszałam i nawet w metrze nie widziałam nikogo, kto by tę książkę czytał, lub chociażby w ręce trzymał! Cóż, tu więc chyba wielkiego "wow!" książka nie zrobiła, to poleciała podbijać Europę? A ja za wielkie nadzieje wiązałam z tą powieścią. Boleśnie zderzyłam się z rzeczywistością i jestem niemiło zaskoczona. Tyle tu dreszczyku co kot napłakał i tyle thrillera w tym thrillerze, że sama autorka, jak i niezwykle wszędobylski polski marketing powinni rumienić się ze wstydu... skoro śmieli nazywać tę przeciętną obyczajówkę thrillerem! 

Co mogę powiedzieć o pozytywnych stronach tej historii? Chyba tylko to, że czytało się szybko i całkiem przyjemnie, dzięki krótkim rozdziałom i przedstawieniu całej historii z perspektywy 3 osób - Fig, Dariusa i Jolane. A sama autorka ma styl płynny i bardzo prosty w odbiorze. To wszystko. Gdyż poza tym wszyscy bohaterowie irytują, fabuła jest przewidywalna, zakończenie wcale nie wbija w fotel i nie robi większego wrażenia, a thrillera w tym thrillerze mało a o dreszczyku grozy, jak na ten gatunek przystało, w ogóle możecie zapomnieć. Może i trochę tu psychologii, gdyż bohaterka matactwami, kłamstwami i wzbudzeniem litości, potrafiła omamić koleżankę, ale jak już wspomniałam... owa koleżanka była tak ślepa i naiwna, że przydałby jej się pocisk z kapcia wycelowany dokładnie między oczy! Jedyne co udało się autorce to wzbudzić we mnie buzujące emocje, jak sami widzicie... szkoda tylko, że tak negatywne. Gdyż pełno tu jadu, rozczarowania i zawodu... nie, mnie się jakoś szczególnie nie podobało, gdyż spodziewałam się czegoś więcej, ale cóż, ja jestem jedna, a wszędzie wokół same laurki i zachwyty, więc wiecie co? Najlepiej przekonajcie się sami... :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest na wagę złota... :) Dziękuję!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...