piątek, 29 kwietnia 2016

New York City w pigułce :) - Z wizytą w Chinatown...


Po ostatnim shoppingu, kiedy to buszowałam ze znajoma po sklepach w Nowojorskiej galerii handlowej, a sklep był na tyle nieuprzejmy, ze ewakuował nas nim zdążyłam skompletować swoja garderobę, bo jakaś tam strzelanina była ważniejsza od moich zakupów (o tym tutaj --> NYC w pigułce :) - takie rzeczy tylko w filmie... :)  ) stwierdziłam że mam chwilowo dość galerii i udam się na Chinatown. W końcu i tak, czy to w galerii, w ekskluzywnym butiku, czy na straganie, każdy produkt na metce ma magiczny napis "made in China". Po co wiec dorabiać handlowców, skoro można nabyć towar bezpośrednio od producentów? Wsiadłam wiec do metra, wysiadłam na stacji Centre St. na dolnym Manhattanie, wychodzę jak ten kret z podziemi, przecieram oczy i co widzę?! Chiny kurna widzę! i myślę sobie "noooo! w końcu opanowałam umiejętność teleportacji!" skoro po niespełna godzinie spędzonej w metrze, do którego wsiadłam w NY, wysiadłam w najprawdziwszych, kurde mać, Chinach!

A w tych Chinach zakupy to dopiero przyjemność. Sklepików tysiące, stragany jeden przy drugim, a na każdym zakręcie tajemniczy, niepozorny, znikąd pojawiający się osobnik (niczym Szpieg z Krainy Deszczowców), szepcze ci do ucha "rolex watch & bags"... i mruga porozumiewawczo "kobieto! zabiorę Cie w podziemia do torebkowego nieba! a podróbki mam takie, ze sam Gucci nie odróżni! ". Do kupienia niemal wszystko co sobie zamarzysz! pamiątki, zabawki, ubrania, torebki, biżuteria (najprawdziwsza panie! najprawdziwsza! ) A i obsługa taka mila, jak nigdzie! Wedle przykazania "nasz klient, nasz pan"...

Sweterek ci się podoba, ale w niebieskim Ci nie do twarzy? Chcesz czerwony? Żaden problem, zaraz ci przyniesie z zaplecza jeszcze ciepły, świeżo zapleciony. Perfumy mają zapach nie taki ?! Czekaj dwie minuty, zaraz Ci Diora najnowszego skomponują i wymieszają! Niewydana jeszcze książkę ulubionego autora chcesz? zaraz Ci napiszą. Lepiankę na środku Manhattanu postawia, a spod lady jak za pomocą czarodziejskiej różdżki - wyciągną wszystko! Nawet żywego ufoludka z Roswell, albo Komnatę Bursztynową! Jeśli tylko zechcesz...

Produkty niby mają ceny, ale absolutnie nie musisz się nimi sugerować, ponieważ mają one tu ogromna tendencję spadkową. Jesteś czymś zainteresowany?! Świetnie! Cena będzie spadać wprost proporcjonalnie do Twojej odległości od wyjścia! Im bliżej wyjścia jesteś, tym niższa jest cena! Pozostając w sklepie spokojnie nabędziesz wybrany towar 40% taniej, zwykłą drogą negocjacji Jeśli mimo wszystko nadal jest za drogi, wyciągnij pierwszy bon rabatowy! - zrób krok w stronę wyjścia - już jest Twój 50% taniej! Ale prawdziwa promocja zaczyna się dopiero kiedy wyjdziesz na zewnątrz! Wtedy upatrzony produkt rzuci się w pogoń za tobą! Będzie biegł, gonił cie! zapakowany już! i gotowy do wzięcia! wykrzykując drastyczny spadek swojej wartości nawet o 70% !!! Ludzie! Takich promocji to nawet w Tesco nie znajdziecie!

Po ekscytujących zakupach i po wyczerpujących biegach na przełaj, kiedy to zmuszone byłyśmy uciekać przed goniącymi nas majtkami i torebkami, gotowymi oddać się niemal za darmo ...zgłodniałyśmy. Po chwili intensywnych namysłów, czy jesteśmy, aż tak głodne by ryzykować zdrowiem i życiem, jedząc w najprawdziwszej chińskiej knajpie u najprawdziwszych Chińczyków (?!) Stwierdziłyśmy, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować! ...nawet gdyby miałby to być pies... 

Robimy więc rundkę w poszukiwaniu uroczej knajpki, sugerując się ocenami Nowojorskiego "sanepidu" w postaci literki A,B,C lub D. W najprostszym tłumaczeniu "A"- Alright! "B"- Be carefoul! "C"- you are Crazy!! "D"- you are Dead!!! Po przejściu całej ulicy wybieramy uroczą knajpkę z literka "B", sugerującą, że z reguły wszystko jest tam ok. Jedzenie jest na tyle świeże, że nie ucieka jeszcze samo z talerza i na tyle starannie przyrządzone, że nie ucieka Już samo z talerza... Jednak bądź ostrożny, bo być może właśnie zamiast kurczaka podają psa? Wchodzimy więc do środka, siadamy wygodnie przy gibającym się, lecz czystym i jedynym wolnym stoliku! Uznaję to za dobry znak! Po przestudiowaniu 4 stronicowej karty z duszą na ramieniu składamy zamówienie...

Po kilku minutach przemiła Chińska pani przynosi talerze napełnione po brzegi! Stawia na środku, a przed nami dodatkowe nakrycia, bo tak sie u nich podaje...w rezultacie stół wygląda jakby został nakryty dla całego wesela! I na koniec pani pyta grzecznie "sztućce czy pałeczki?" :) pytanie to wydaje mi się co najmniej dziwne, gdyż koleżanka zamówiła zupę... :P Gdy potem rozejrzałam sie wokół, nagle ze swoim widelcem zagłębionym w ryżu poczułam się jak jakaś ułomna! Gdyż wszędzie zobaczyłam skośnookie twarze z pałeczkami ...w zupie!!! :P Tak, tak! nie dość że jedli zupę pałeczkami, to jeszcze uśmiechali się do nas przy tym tak szeroko, że ich oczy zamieniły się w poziome kreseczki. Powody do radości mieli dwa - byłyśmy jedynymi białymi postaciami w całej knajpie :) a skoro my, białe twarze, lubimy chińszczyzne, to chińszczyzna lubi nas i się do nas uśmiecha! A po drugie jedzenie było tak smaczne, że z wrażenia prawie spadłam z krzesła! Rachunek dostałyśmy po chińsku, nie jestem więc pewna czy mój kurczak z ryżem, aby na pewno był kurczakiem... ale jestem spokojna, bo jeśli był to pies to na pewno rasowy... :P

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest na wagę złota... :) Dziękuję!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...