piątek, 11 sierpnia 2017

New York City w pigułce :) - dlaczego Donald Trump nie lubi Meksykanów?!



Dlaczego Trump nie lubi Meksykanów? Bo się rozmnażają... :)
Ale zacznijmy od początku...

Jak rozmnażają się ludzie w Ameryce? Hmm... no w zasadzie to podobno tak samo jak my w Europie. W sposób rozrodczy, poprzez seksy i te sprawy, potem wypuszczają młode wadżajnami, jajek ponoć nie znoszą, i podobno też nie pączkują... Choć nie raz parząc na latynoskie rodziny, które najpierw do USA wyemigrowały, a potem zaczęły się rozmnażać, nasuwa się myśl "hmm... czy aby na pewno nie znoszą oni jajek, z których wykluwa się jednocześnie całe stado młodych?!?!".

Wszędzie w Nowym Jorku widuję latynoskie rodziny i zawsze są to rodziny wielodzietne! Czy w metryczce mają oni Meksyk, nie wiem, więc dlatego piszę latynoskie mając na myśli razem z Meksykiem całą Amerykę Południową. Gdyż czy to Meksykanin, Kolumbijczyk, Brazylijczyk, Peruwiańczyk czy Argentyńczyk, jedna cholera ! Każdy będzie wyglądał podobnie... a przynajmniej dla mnie, gdyż nie potrafię po rysach twarzy i kącie nachylenia czoła, względem brody z całą pewnością określić czyjejś narodowości. W każdym razie tu w Nowym Jorku, dziennie mijam ich setki. Na ulicy, w sklepie, w metrze, w parku, w restauracji, w mojej kamienicy.. wszędzie! Wszędzie na ulicy słychać jak ktoś hablan español! Wszelkie ogłoszenia czy to na stacji metra, czy w szpitalu drukowane są w dwóch językach, angielskim i hiszpańskim. W każdej placówce takiej jak poczta, szkoła, szpital znajdziesz kogoś kto płynnie mówi po hiszpańsku... Przybywając do Stanów nie musisz znać angielskiego, jeśli znasz hiszpański dogadasz się wszędzie!

Po ponad roku tutaj spędzonym i obserwacji tutejszego życia, zaczynam rozumieć obawy Trumpa oraz jego szaleńczy pomysł budowy muru na granicy z Meksykiem. Najlepiej jeszcze okraszony w drut kolczasty. Pod napięciem. Bo z nimi to tak jest ...wystarczy jeden, a już w zupełności dwoje, żeby za chwilę mieć ich całe stado! ...wielomilionowe. Są bowiem oni najbardziej przyrastającą nacją na terenie Stanów. Ludzie uważają Trumpa za ksenofoba.. ale patrząc z jego punktu widzenia, to czy on nie ma trochę racji?! Mnie osobiście oni w ogóle nie przeszkadzają, gdyż są to naprawdę grzeczni, mili i serdeczni ludzie. Ale ja nie jestem Trump... Tak jak my teraz uparcie bronimy Europy przed imigrantami z Ciapatowni, tak on chce bronić USA przed Latynosami.

Różnica jest, nie powiem, gdyż Latynos Trumpowi nie ma zamiaru wysadzać siebie, ani nikogo innego w powietrze i nie zamierza organizować bombowych atrakcji na terenie jego kraju. Nie ma też zamiaru kobiet, od stóp do głów, owijać w czarne prześcieradła, co by krasawica przypadkiem wielkim palcem u stopy, bezbronnego chłopa seksualnie nie prowokowała. ale uwierzcie mi... oni rozmnażają się w błyskawicznym tempie!!! Jak króliki! Bo jeśli na świecie ludzie cierpią na bezpłodność, to na pewno nie dotyczy to Latynosów. Ludzie latami starają się o dziecko, modlą się o cud! A ci chyba tylko pomyślą o seksach i już w ciążę zachodzą...

...A w Ameryce panuje nabycie obywatelstwa poprzez miejsce urodzenia. Czyli jeśli przyjedziesz w stanie błogosławionym do Trumpa na wakacje, rozwiążesz się w Nowym Jorku, na Florydzie, Kalifornii czy na Alasce to Twoje dziecko automatycznie staje się obywatelem amerykańskim. Co się z tym wiąże? Obywatela nie mają przecież prawa deportować z jego własnego kraju! A skoro jego nie, ciebie również, bo jesteś jego opiekunem... i w ten właśnie sposób emigrują Latynosi. Przyjedzie parka Meksykanów, rozmnoży się co najmniej razy cztery. Wyda więc na świat.... czterech obywateli amerykańskich. Oni za jakiś czas kilku następnych, tamci następnych...

A potem przyjeżdża turysta do USA i spodziewa się nawiązać znajomości z rodowitym Amerykaninem i porozmawiać z nim (po angielsku) o sztuce, bądź też historii Stanów Zjednoczonych na przełomie wieków. Powspominać chce może prezydenta Roosevelta, Kennedy'ego czy Washingtona... albo poznać życiorys Rockefellera. Bo nawyobrażał sobie Bóg wie czego i oczyma wyobraźni widzi Johna Smitha i jego żonę Jane Smith, jako białych, niebieskookich przystojnych obywateli, a tymczasem idzie po ulicy latynoska mama. 
Maria Esmeralda. 
Kobieta już nie pierwszej młodości, ale jeszcze produktywna, ze znaczną nadwagą, z metra cięta, o skórze koloru bladego murzyna i brązowych oczach. Oczywiście miła, uśmiechnięta i serdeczna, jak typowa mama z telenowel stojąca po dobrej stronie mocy... obok niej biegnie troje kilkulatków rok po roku (co rok to prorok), w wózku pcha półtoraroczne bliźniaki, na plecach w nosidełku jeszcze jedno całkiem świeże, nowo narodzone niesie, a pod brodą brzuch z kolejnym w drodze. Albo kolejnymi. Na pytanie "Gdzie znajdę rodowitego Amerykanina?" pokaże ci ręką pięć razy i powie "niños! Que pasa?".

Tak to widzi Trump. Poza tym on widzi jeszcze cyferki. Dużo dużo cyferek w kolorze zielonym, zwanymi bliżej dolarami. Maria Esmeralda pracuje... a nie.... nie pracuje, bo po pierwsze nie może, gdyż nie ma prawa do legalnej pracy, a po drugie i tak nie ma jak, bo wychowuje to stado Amerykanów. Ale przecież żyć za coś musi i nakarmić młode też musi! Codziennie! I to po kilka razy! Jej mąż, sprawca ciąż, Luiz Fernando też nie ma prawa do pracy, ale gdzieś na czarno się zaczepił. Mimo to przecież nie da rady sam zarobić na dom i utrzymać Marii Esmeraldy i ich pokaźnej gromadki pociech. Co więc robi rodzina Rodriguez? Idzie po zasiłek i go dostanie, razy pięć. I czeki na żywność i ubezpieczenie zdrowotne też dostanie. Za darmo. Dzieci rzecz jasna, bo to dzieci. Ona rzecz jasna, bo w ciąży. I tak sobie żyją "nielegalnie" Maria Esmeralda i Luiz Fernando, z legalną gromadką małych Rodriguezów, obywateli Amerykańskich. Przyszłością Stanów Zjednoczonych.

Tymczasem John i Jane Smith, przystojni niebieskoocy, blond Amerykanie z dziada, pradziada, pracują od rana do nocy. Wychodzą bladym świtem, by zatłoczonym metrem w co najmniej godzinę dostać się do pracy na Manhattan. Wracają do domu późnym wieczorem, bo muszą przebyć ruchliwe uliczki i przedrzeć się przez tłumy chińskich turystów, stojących na środku chodnika by zrobić sobie zdjęcie na tle nowej wieży WTC... (jakby nie mogli zrobić jednego i się wymieniać! Przecież i tak wszyscy wyglądają tak samo!) Kiedy już przedostaną się czym prędzej do stacji metra, będą stać godzinę w korku kolejowym w podziemnym tunelu. Oczywiście mają samochód, ale na Manhattan jechać samochodem to czyste szaleństwo, a zwłaszcza jeśli zamierza się gdzieś zaparkować... Kiedy już wyjdą z tego metra X czasu później, na stacji koło domu, są ledwo żywi, ale zaskoczą po drodze do knajpy po jedzenie na wynos. Zdążą tylko na dobranoc ucałować w czółko córkę Emmę. Jedną, jedynaczkę, bo nie mają czasu ani siły poprzez seksy zrobić jej rodzeństwa. Poza tym brak zwolnienia lekarskiego na okres ciąży, ani 6 tygodni urlopu macierzyńskiego też kobiet do rodzenia dzieci jakoś szczególnie nie zachęca... ledwo to taka Jane dojdzie do siebie po porodzie, ledwo prześpi w nocy ze dwie godziny z niemowlakiem uwieszonym na całodobowej mleczarni, by rano iść jak zombie do pracy i odpompowywać co godzinę nabiał, bo inaczej kanie eksplodują..

Tak więc John i Jane Smith żyją w dostatku, w uroczej, spokojnej dzielnicy gdzieś w zacisznym Queens, mają jakiś tydzień urlopu do wykorzystania w ciągu roku (niektórzy szczęściarze dwa, ale to zależy od firmy) i może i stać ich na wyjazd na wakacje, ale w ciągu tygodnia pracy nie mają zbyt wiele czasu dla siebie. Pracują legalnie i muszą płacić podatki, by Esmeralda i Luiz Fernando mogli spokojnie płodzić kolejnych małych Amerykanów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy komentarz jest na wagę złota... :) Dziękuję!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...